wtorek, 31 lipca 2012
Na drodze
Nad tym, że relacje międzypersonalne bywają różne i nie da się ich ubrać w żadne ramy, nie trzeba podnosić dyskusji. Nie zmienia to faktu, że zagadnienie jest ciekawe, a drążenie tego, kto z kim i dlaczego, mimo, że bezcelowe, może być porywające.
Bo z jednymi potrafimy śmiać się bez wypowiadania słów, a z innymi setki zdań nie pomagają, by dojść do zrozumienia. Przy niektórych płaczemy, a reszcie wstydzimy się okazać emocje. Za pewnymi osobami gotowi jesteśmy rzucić się ogień, a innych jak ognia unikamy. To oczywiste i o tym prawić nie będę (nie dziś w każdym razie).
Spotania na ulicy- to to co mnie zajmuje. Czy zatrzymujemy się, by wymienić grzecznościowe "co słychac" (nie znoszę), czy kłaniamy uprzejmie i idziemy dalej? Czasem krótkie "cześć" zamienia się w godzinną pogawędkę i rozglądaniem się za miejscem, gdzie można by na kawę przysiąść, a innym razem uciekamy gdzie pieprz rośnie, byle uniknąć choćby mijania. Na to wszystko składają się albo relacje przeszłością namalowane, albo nasze subiektywne odczucia względem drugich osób. I to mnie nieco zajmuje. Zdarza się nam zobaczyć kogoś pod domem i po przywitaniu się zapomnieć o spotkaniu, a bywa i tak, że "dzień dobry" dźwięczy w uszach do końca dnia.
W obcych miastach jest inaczej. Tu widząc nawet dalszego znajomego, czujemy się jak w domu. W końcu "swój" człowiek na ziemi obcej. Można bez końca- o przypadkach, wypadakach, wymijaniu, wyprzedzaniu, omijaniu i rozmowach. Można, ale nie sposób dotrzeć tu do brzegu. Relacje nasze kolorami świata malowane.
A, że wciąż na kogoś "wpadam", poświęciłam temu pięć minut dzisiajszego dnia :)
poniedziałek, 30 lipca 2012
niedziela, 29 lipca 2012
tęsknoty
To jest właśnie moja dwudziestogodzinna przyjemność. U jej kresu, w aucie 100 kilometrów przed domem Morfeusz trącał mnie w ramię. Dotrwałam :) Od początku do końca- przyjemność. Mimo wszystko i dzięki wszystkiemu.
Ciężko się odnaleźć po takim dniu. Chciałoby się więcej, mocniej, dłużej, jeszcze...Pozostaje niedosyt i wcale nie tylko muzyczny. Walnąć się na trawie, chwycić w dłoń aparat, czuć okołodźwiękowy klimat. To nie działa na zasadzie- było, skińczyło się i już. To tęsknota za chwilą, która jest tak ulotna. I mimo, że to wiemy, czasem uzmysłowienie sobie tych zwykłości nie przychodzi naturalnie. Potrzeba czasu i wdrążenia się w codzienny rytm. Z poczuciem pragnienia wybicia się z niego. To takie oczywiste...
Ciężko się odnaleźć po takim dniu. Chciałoby się więcej, mocniej, dłużej, jeszcze...Pozostaje niedosyt i wcale nie tylko muzyczny. Walnąć się na trawie, chwycić w dłoń aparat, czuć okołodźwiękowy klimat. To nie działa na zasadzie- było, skińczyło się i już. To tęsknota za chwilą, która jest tak ulotna. I mimo, że to wiemy, czasem uzmysłowienie sobie tych zwykłości nie przychodzi naturalnie. Potrzeba czasu i wdrążenia się w codzienny rytm. Z poczuciem pragnienia wybicia się z niego. To takie oczywiste...
Dni uciekają, nocy brakuje, a ja patrząc na kalendarz zachodzę w głowę gdzie podziały się ostatnie miesiące, jak to możliwe, że minęły tak szybko? Czas goni tak, że nie sposób sprostać wszystkiemu. Coś odbywa się po trochu kosztem czegoś innego.
Staram się w tym wszystkim nie odmawiać sobie radostek, bo...jeśli nie teraz to kiedy? Chcę coś robić dla siebie, mieć przyjemność i wspomnienia, do których kiedyś będę wracać. Nie zrezygnuje z wydarzenia, które jest dla mnie ważne z powodu pracy. Albo skończyły się te czasy, albo staram się lepiej operować czasem, jaki mi góra daje do dyspozycji. A w tym czasie nie może zabraknąć mnie.
Wiele spraw nakłada się na siebie w codzienych zawirowaniach. Staram się być w tym wszystkim uczciwa. W stosunku do siebie i do innych.
Nie zwodzić- to powinno być wewnętrzne przykazanie każdego człowieka. W relacjach kobieta- mężczyzna przede wszystkim. Nie zwodzę, jakkolwiek byłoby to odbierane. A bywa różnie. Są zarzuty zdystansowania, chłodu, braku sympatii, zarozumiałości, egoizmu, ba! nawet wojskowego reżimu, bo ponieść się nie daję. A jest wręcz odwrotnie- nie chcę się ponosić i nie chcę by kogoś ponosiło z mojego powodu. To nie klasztorne wychowanie, tylko prostosta, bo tu nie ma miejsca na tęczowe barwy, jest białe albo czarne. A gdy jest czarne, szkoda czjegoś czasu.
Stawiam się sprawę jasno i dokładnie tłumaczę w czym rzecz, żeby propozycje spacerów, kaw, wyjazdów odrzucić sensownie argumentując. Pojęcie tego zabiera innym sporo czasu. Po złości, oburzeniu, dziesiątkach pytań, przychodzi refleksja. Gdy widzę, że spotkałam zrozumienia, gdy słyszę o szacunku, jestem z siebie dumna. Kiedyś nie było mnie na to stać, teraz wiem, czego nie chcę i nie boję się tego powiedzieć. Ważniejsza jest zwyła uczciwość od przyjemności bycia adorowanym. I nie o mnie tu chodzi, ale o drugą osobę, która bez powodu mogła by zabrnąć zbyt daleko.
Czy ma to sens? Pewnie nie :)
Staram się w tym wszystkim nie odmawiać sobie radostek, bo...jeśli nie teraz to kiedy? Chcę coś robić dla siebie, mieć przyjemność i wspomnienia, do których kiedyś będę wracać. Nie zrezygnuje z wydarzenia, które jest dla mnie ważne z powodu pracy. Albo skończyły się te czasy, albo staram się lepiej operować czasem, jaki mi góra daje do dyspozycji. A w tym czasie nie może zabraknąć mnie.
Wiele spraw nakłada się na siebie w codzienych zawirowaniach. Staram się być w tym wszystkim uczciwa. W stosunku do siebie i do innych.
Nie zwodzić- to powinno być wewnętrzne przykazanie każdego człowieka. W relacjach kobieta- mężczyzna przede wszystkim. Nie zwodzę, jakkolwiek byłoby to odbierane. A bywa różnie. Są zarzuty zdystansowania, chłodu, braku sympatii, zarozumiałości, egoizmu, ba! nawet wojskowego reżimu, bo ponieść się nie daję. A jest wręcz odwrotnie- nie chcę się ponosić i nie chcę by kogoś ponosiło z mojego powodu. To nie klasztorne wychowanie, tylko prostosta, bo tu nie ma miejsca na tęczowe barwy, jest białe albo czarne. A gdy jest czarne, szkoda czjegoś czasu.
Stawiam się sprawę jasno i dokładnie tłumaczę w czym rzecz, żeby propozycje spacerów, kaw, wyjazdów odrzucić sensownie argumentując. Pojęcie tego zabiera innym sporo czasu. Po złości, oburzeniu, dziesiątkach pytań, przychodzi refleksja. Gdy widzę, że spotkałam zrozumienia, gdy słyszę o szacunku, jestem z siebie dumna. Kiedyś nie było mnie na to stać, teraz wiem, czego nie chcę i nie boję się tego powiedzieć. Ważniejsza jest zwyła uczciwość od przyjemności bycia adorowanym. I nie o mnie tu chodzi, ale o drugą osobę, która bez powodu mogła by zabrnąć zbyt daleko.
Czy ma to sens? Pewnie nie :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

