Kocham, uwielbiam. Wszystkich tych, którzy, pal licho, czy nie tylko z "bo tak wypada" mówia, że ładnie wyglądam. I tych mężczyzn, co mówią, że rewelacyjnie i te kobiety, co mówią, że "normalnie". Kocham ich jak nie wiem co i chce mi się z nimi mówić, mówic, mówić :) Tak to dobrze na mnie wpływa, od razu człowiekowi wszelkie dolegliwości ustają.
sobota, 28 grudnia 2013
piątek, 27 grudnia 2013
2,3,4. Minuty, kwadranse, godziny, odliczam nocą nie śpiąc. Nie mogę. Wstaje później o 10 czy 11 i tak półprzytomna. I chciałabym przestawić sobie ten tryb funkcjonowania na dzienny, ale nic nie poradzę na to, że zasnąć w nocy nie mogę. Dziesięć tysięcy myśli, problemów, zagwoztek.
10 tygodni mi zostało. Maluśko. I już się stresuję. Czasem zdarza mi się panika. Nic nikomu rzec nie można, bo się niepokoić będą. A ja nie dość, że się boje, to i zwyczajnie nie wyobrażam sobie ani samego porodu, ani tego co przyjdzie po. Nie wiem jak się przygotować. Nie wiem co mam, czego nie mam, cu kupić, co przynieść, co wziąć, jak złożyć, ułożyć, czego się trzymać myślami chociażby.
Nie wiem jsk pojadę do szputala, jak zniosę te 15 czy 20 godzin w bólu. A potrem kolejne i kolejne. Zniosę, bo nie ja pierwsza nie ostatnia. Potną mnie na żywca, a to podobno i tak pikuś w porównaniu z częścią właściwą. Potem też na żywca zszyją. A potem nie wiadomo co będzie potem.
Mimo wszelkich czasem naprawdę okropnych dolegliwości, czasem fajnie jest być w ciąży. Wyobrażasz sobie jak wygląda Twoja mała cząstka, Czujesz kiedy śpi, a nie śpi aż tak często jak by się mogło wydawać, Czujesz, że wyczuwa Twoje nastroje i że lubi pomarańcze ;) I wiesz gdzie rękę wkłada, a gdzie nogę. Tylko z tą grubością ciężko znieść siebie Już mi się chce zacząć zrzucać. Chodzić, ćwiczyć, cokolwiek, byle się ruszać i gubić tłuszczowy balast.
I do ludzi się chce. Tu boli, tu uciska, tu niedobrze. A ja bym poszła, posiedziałą pół nocy na pogaduchach, zatańczyła. Ok, to może nie teraz. Ale i przez najbliższe miesiace, a może i lata też nie.
Taka kolej rzeczy, wiem, i świadomy wybór do tego. Ale tęskno mi do beztroskich czasów.
Teraz jakieś pytania dziwne. To powinnam, tego nie mogę. I czemu sama ciągle siedzę. A do tego mordercze pytanie świątecze- czy świadomie zdecydowałam się na samotne macierzyństwo. Odpadłam.
Wpadam na takie spotkanie przy stole, jakich oststnio w nadmiarze było, i czuję te spojrzania. Sama? Z brzuchem? Piechotą przyszła? Wczoraj też była? I niee, nikt nic nie powie, tylko patrzą po sobie, po mnie, jakby niestosownego pytania zadać nie chcieli. A to wszystko proste jest przecież- tata i mama mają swoje rodziny.A do tego mama źle się czuję i leży, wymiotuje, śpi, a tata ma swoją rodzinę. Byl przecież dwie godzinki. Powytykał, pozarzucał, poatakował i wrócił do swojej. Na szczęście, bo dłużej bym nie zniosła słuchania że zła kobieta jestem.
No i najlepsze są sugestie, że nie dbam o siebie... Bo na przykład mdli mnie i w łóżku leżę. Litości.
I nieważne, czy źle się czuję, że ruszyć się czasem nie mogę i wsparcia zero. Nie, nie, ważne jest to, że rodzina się dziwi, że nie przyjadę. Ja nie przyjadę w odwiedziny.
10 tygodni mi zostało. Maluśko. I już się stresuję. Czasem zdarza mi się panika. Nic nikomu rzec nie można, bo się niepokoić będą. A ja nie dość, że się boje, to i zwyczajnie nie wyobrażam sobie ani samego porodu, ani tego co przyjdzie po. Nie wiem jak się przygotować. Nie wiem co mam, czego nie mam, cu kupić, co przynieść, co wziąć, jak złożyć, ułożyć, czego się trzymać myślami chociażby.
Nie wiem jsk pojadę do szputala, jak zniosę te 15 czy 20 godzin w bólu. A potrem kolejne i kolejne. Zniosę, bo nie ja pierwsza nie ostatnia. Potną mnie na żywca, a to podobno i tak pikuś w porównaniu z częścią właściwą. Potem też na żywca zszyją. A potem nie wiadomo co będzie potem.
Mimo wszelkich czasem naprawdę okropnych dolegliwości, czasem fajnie jest być w ciąży. Wyobrażasz sobie jak wygląda Twoja mała cząstka, Czujesz kiedy śpi, a nie śpi aż tak często jak by się mogło wydawać, Czujesz, że wyczuwa Twoje nastroje i że lubi pomarańcze ;) I wiesz gdzie rękę wkłada, a gdzie nogę. Tylko z tą grubością ciężko znieść siebie Już mi się chce zacząć zrzucać. Chodzić, ćwiczyć, cokolwiek, byle się ruszać i gubić tłuszczowy balast.
I do ludzi się chce. Tu boli, tu uciska, tu niedobrze. A ja bym poszła, posiedziałą pół nocy na pogaduchach, zatańczyła. Ok, to może nie teraz. Ale i przez najbliższe miesiace, a może i lata też nie.
Taka kolej rzeczy, wiem, i świadomy wybór do tego. Ale tęskno mi do beztroskich czasów.
Teraz jakieś pytania dziwne. To powinnam, tego nie mogę. I czemu sama ciągle siedzę. A do tego mordercze pytanie świątecze- czy świadomie zdecydowałam się na samotne macierzyństwo. Odpadłam.
Wpadam na takie spotkanie przy stole, jakich oststnio w nadmiarze było, i czuję te spojrzania. Sama? Z brzuchem? Piechotą przyszła? Wczoraj też była? I niee, nikt nic nie powie, tylko patrzą po sobie, po mnie, jakby niestosownego pytania zadać nie chcieli. A to wszystko proste jest przecież- tata i mama mają swoje rodziny.A do tego mama źle się czuję i leży, wymiotuje, śpi, a tata ma swoją rodzinę. Byl przecież dwie godzinki. Powytykał, pozarzucał, poatakował i wrócił do swojej. Na szczęście, bo dłużej bym nie zniosła słuchania że zła kobieta jestem.
No i najlepsze są sugestie, że nie dbam o siebie... Bo na przykład mdli mnie i w łóżku leżę. Litości.
I nieważne, czy źle się czuję, że ruszyć się czasem nie mogę i wsparcia zero. Nie, nie, ważne jest to, że rodzina się dziwi, że nie przyjadę. Ja nie przyjadę w odwiedziny.
sobota, 21 grudnia 2013
Zachowanie niektórych osób wprawia mnie w osłupienie. Najbardziej zdarzające się ostatnio macaie brzucha jeszcze przed dokończeniem pytania "mogę dotknąć?" albo i wcale bez niego.
Czymś na porządku dziennym jest też zaglądanie w talerz. Czy oby nie za mało, nie za dużo, bo nie powinnam się przejadać i czy oby na pewno "możesz to jeść?". Na tym nie koniec, bo oni już spieszą z radami, że tego lepiej nie, to jest zdrowe i jak najbardziej. Nie lubisz? Ale to przecież potas, dla dziecka...
Kawę pijesz? Aha, lekarz pozwolił, ale to chyba jedną jakąś słabą? Cukierków nie jedz. A może masz ochotę na czekoladę, nie, powinnaś jeść jabłka KONIECZNIE, ale Ty to na pewno śledzia byś zjadła. Taaaa...zjadłabym rozum, gdybym Was słuchała.
Na tym nie koniec, bo zdarza się usłyszeć wypowiedziane załamanym głosem- jak Wy dacie sobie radę...no tak dorośli jesteście, poradzicie sobie, ale wychować dziecko to nie takie proste. Taaa, widzimy po sobie.
I tak ludzie ręce nade mną załamują. Bo gdzie mi do macierzyństwa...
Są i stwierdzenia babci przyszłej, ze ona to żałuje teraz, że rad swojej teściowej nie słuchała....Stąd pewnie troska o to, bym ja tego błędu nie popełniła. Chociaż i tak nie przebije nic tego jak ostatnio mi poowiedziala "No, ale się gruba zrobiłaś". Oj, przepraszam, że w ósmy miesiąc najpierw wszedł brzuch, a później ja. To ja już dziękuję za kolację. Tak, dokładnie, będę głodzić dziecko.
A i jeszcze troskliwe pytania z cyklu- możesz JESZCZE sama buty zawiązywać? Jak idziesz po schodach do mieszkania to robisz sobie przystanki? Robie, co drugi schodek, sprawdzam, czy mi wody nie odeszły. Ty sama pojechałaś do lekarza?
Ok, nie jest już lekko. Szczególnie wstawać parokrotnie nocą do toalety gdy człowiekowi tak się dobrze leży. Ale wstaję , po schodach chodze bez przystanku JESZCZE, jak czegoś zapomnę wracam na trzecie piętro. Nikt sam nie pomyśli, żeby mnie w tym wyręczyć, a wolę poczłapać niż znów zsłyszeć "O Bożeee". Jem co chcę i ile chcę, wychodzę jak mi się chcę i wracam kiedy chcę.
Zapomniałabym o pracy, a to przecież tak ważny element naszego życia, że inni nie mogą sie oprzeć ingerowaniu. Jak pracujesz to...siódmy/.ósmy miesiąc, mogłabyś już odpuścić. Po co masz pracować, jak 100 procent Ci płacą? Kiedyś to tak dobrze nie było. Nie pracuj już, jeszcze się napracujesz, korzystaj z wolnego. Pewnie już Ci się nie chce chodzić do pracy. Pewnie, tyle latania, a Tobie już ciężko.
I o czym tu dyskutować. Chciałabym pracować,bo lubię to co robię, ale już nie mogę. Kropka.
A jak się czujesz? Jak dziecko? Pytają wszyscy oczekując odpowiedzi pełnych radosnego świergolenia. Włoż na siebię z 10 dodatkowych kilogramów, nie śpij w nocy, ciągle odwiedzaj toaletę, czuj się jak słoń w każdym ubraniu, miej mdłości po jedzeniu, ale i nieustanny głód. Poświergolisz? Ok, czujesz jak od środka Cię potomek przywołuje do porządku i nie możesz się nie uśmiechnąć.
Na deser- imię. Bo chyba nie wybierzemy pierwszego lepszego? To to nie, to też nie, to brzydkie, tak ma na imie nielubiany kolega, to może być, ale czy jakiś międzynarodowy odpowiednik jest? A może po (pra)dziadku albo tak jak sąsiad? A może nazwiecie tak, jak nazwali tamci? A zresztą, po co wymyślać, wezmę kalendarz i coś wybierzeMY. Litości. Żałuję, że w ogóle temat powstał i mówiłam innym jakie imię. Po porodzie, jakby dało się na tacy dziecko już z imieniem, byłby spokój.
Czymś na porządku dziennym jest też zaglądanie w talerz. Czy oby nie za mało, nie za dużo, bo nie powinnam się przejadać i czy oby na pewno "możesz to jeść?". Na tym nie koniec, bo oni już spieszą z radami, że tego lepiej nie, to jest zdrowe i jak najbardziej. Nie lubisz? Ale to przecież potas, dla dziecka...
Kawę pijesz? Aha, lekarz pozwolił, ale to chyba jedną jakąś słabą? Cukierków nie jedz. A może masz ochotę na czekoladę, nie, powinnaś jeść jabłka KONIECZNIE, ale Ty to na pewno śledzia byś zjadła. Taaaa...zjadłabym rozum, gdybym Was słuchała.
Na tym nie koniec, bo zdarza się usłyszeć wypowiedziane załamanym głosem- jak Wy dacie sobie radę...no tak dorośli jesteście, poradzicie sobie, ale wychować dziecko to nie takie proste. Taaa, widzimy po sobie.
I tak ludzie ręce nade mną załamują. Bo gdzie mi do macierzyństwa...
Są i stwierdzenia babci przyszłej, ze ona to żałuje teraz, że rad swojej teściowej nie słuchała....Stąd pewnie troska o to, bym ja tego błędu nie popełniła. Chociaż i tak nie przebije nic tego jak ostatnio mi poowiedziala "No, ale się gruba zrobiłaś". Oj, przepraszam, że w ósmy miesiąc najpierw wszedł brzuch, a później ja. To ja już dziękuję za kolację. Tak, dokładnie, będę głodzić dziecko.
A i jeszcze troskliwe pytania z cyklu- możesz JESZCZE sama buty zawiązywać? Jak idziesz po schodach do mieszkania to robisz sobie przystanki? Robie, co drugi schodek, sprawdzam, czy mi wody nie odeszły. Ty sama pojechałaś do lekarza?
Ok, nie jest już lekko. Szczególnie wstawać parokrotnie nocą do toalety gdy człowiekowi tak się dobrze leży. Ale wstaję , po schodach chodze bez przystanku JESZCZE, jak czegoś zapomnę wracam na trzecie piętro. Nikt sam nie pomyśli, żeby mnie w tym wyręczyć, a wolę poczłapać niż znów zsłyszeć "O Bożeee". Jem co chcę i ile chcę, wychodzę jak mi się chcę i wracam kiedy chcę.
Zapomniałabym o pracy, a to przecież tak ważny element naszego życia, że inni nie mogą sie oprzeć ingerowaniu. Jak pracujesz to...siódmy/.ósmy miesiąc, mogłabyś już odpuścić. Po co masz pracować, jak 100 procent Ci płacą? Kiedyś to tak dobrze nie było. Nie pracuj już, jeszcze się napracujesz, korzystaj z wolnego. Pewnie już Ci się nie chce chodzić do pracy. Pewnie, tyle latania, a Tobie już ciężko.
I o czym tu dyskutować. Chciałabym pracować,bo lubię to co robię, ale już nie mogę. Kropka.
A jak się czujesz? Jak dziecko? Pytają wszyscy oczekując odpowiedzi pełnych radosnego świergolenia. Włoż na siebię z 10 dodatkowych kilogramów, nie śpij w nocy, ciągle odwiedzaj toaletę, czuj się jak słoń w każdym ubraniu, miej mdłości po jedzeniu, ale i nieustanny głód. Poświergolisz? Ok, czujesz jak od środka Cię potomek przywołuje do porządku i nie możesz się nie uśmiechnąć.
Na deser- imię. Bo chyba nie wybierzemy pierwszego lepszego? To to nie, to też nie, to brzydkie, tak ma na imie nielubiany kolega, to może być, ale czy jakiś międzynarodowy odpowiednik jest? A może po (pra)dziadku albo tak jak sąsiad? A może nazwiecie tak, jak nazwali tamci? A zresztą, po co wymyślać, wezmę kalendarz i coś wybierzeMY. Litości. Żałuję, że w ogóle temat powstał i mówiłam innym jakie imię. Po porodzie, jakby dało się na tacy dziecko już z imieniem, byłby spokój.
piątek, 20 grudnia 2013
Wielokrotnie dyskutowałam z tatą na temat pewnej rodziny. Dość bliskiej nam zresztą. Chodzi o fakt, że jest w niej czworo dzieci, a najsilniejszy czuje się ten, który robi jak najmniej. To jakby niepisana zasada, wygrywa nicnierobienie, a skoro Ty coś robisz, przegrywasz i inni mają z tego frajdę. Dziwne, bo chodzi np o odkurzenie, pomoc w myciu okien, przyniesienie zakupów, zrobienie obiadu, itd. Zwycięzcą czuje się faktyczny przegrany i absolutnie nikt w tej rodzinie tego nie rozumie. Tak jest. U mnie od kiedy pamiętam ten, który nie zrobi, bądź zrobić nie może (jak ja teraz np) czuje się zwyczajnie źle, ma wyrzuty sumienia i stara się pomóc w jakiś inny sposób.
I właśnie trzymając się już mojej osoby sądziłam, ze moja pomoc może być pomocą Jego, skoro jest obok. Nic bardziej mylnego.
Każda prośba, nawet jesli ostatecznie spełniona, spotyka się z "O Bożeeeee" i np wymachiwaniem papierami przed nosem, bo tyle roboty. W związku z powyższym i wszechobecnym problemem zrobienia czegoś dla drugiej osoby, czegoś wymagającego choćby namiastki wysiłku, ubolewaniem, że czegoś ktoś chce, a nie ma czasu/chęci/potrzeby/sposobności, dziś o pomoc poprosiłam kolegę. Możnaby rzec pierwszego z brzegu. Czy pomoże mi coś wnieść po schodach. Oczywiście, najpierw z dziewczyną zrobi zakupy, do domu zaniesie, a później pomoże mi. Chociaż jak trzeba, to zwolni się z pracy i od razu przyjedzie. To przecież takie naturalne. Zrobiłabym tak samo. A problem może tkwić tu, że On innym może też by pomógł, ale mi nie. Bo bliskim się odmawia, a obcy może sobie źle pomyśleć o nas.
I taka jestem potrzebna- na święta, żeby dobrze wpasować się w rodzinny obrazek, bo ktoś coś pomyśli.. Otóż- mówiąc krótko- "O Bożeeeee, teeeeraz?". Dlaczego mam spotykać się z tymi, dla których ja i dziecko zdarzyliśmy się więc musimy być? Nieco więcej wart jest człowiek.
A na sylwestra jak będę pójdziemy spać, a jak mnie nie będzie, będzie impreza. Nigdy nie czułam się tak wartościowym człowiekiem, jak pozwala mi się czuć Ten. Ale jest mi już i tak wszystko jedno. To ja sobie wczoraj dupkę niemowlaczka pooglądałam i widziałam przepływ krwi. Ja bym za stówkę czy dwie tego nie przegapiła, ale to jestem ja.
I właśnie trzymając się już mojej osoby sądziłam, ze moja pomoc może być pomocą Jego, skoro jest obok. Nic bardziej mylnego.
Każda prośba, nawet jesli ostatecznie spełniona, spotyka się z "O Bożeeeee" i np wymachiwaniem papierami przed nosem, bo tyle roboty. W związku z powyższym i wszechobecnym problemem zrobienia czegoś dla drugiej osoby, czegoś wymagającego choćby namiastki wysiłku, ubolewaniem, że czegoś ktoś chce, a nie ma czasu/chęci/potrzeby/sposobności, dziś o pomoc poprosiłam kolegę. Możnaby rzec pierwszego z brzegu. Czy pomoże mi coś wnieść po schodach. Oczywiście, najpierw z dziewczyną zrobi zakupy, do domu zaniesie, a później pomoże mi. Chociaż jak trzeba, to zwolni się z pracy i od razu przyjedzie. To przecież takie naturalne. Zrobiłabym tak samo. A problem może tkwić tu, że On innym może też by pomógł, ale mi nie. Bo bliskim się odmawia, a obcy może sobie źle pomyśleć o nas.
I taka jestem potrzebna- na święta, żeby dobrze wpasować się w rodzinny obrazek, bo ktoś coś pomyśli.. Otóż- mówiąc krótko- "O Bożeeeee, teeeeraz?". Dlaczego mam spotykać się z tymi, dla których ja i dziecko zdarzyliśmy się więc musimy być? Nieco więcej wart jest człowiek.
A na sylwestra jak będę pójdziemy spać, a jak mnie nie będzie, będzie impreza. Nigdy nie czułam się tak wartościowym człowiekiem, jak pozwala mi się czuć Ten. Ale jest mi już i tak wszystko jedno. To ja sobie wczoraj dupkę niemowlaczka pooglądałam i widziałam przepływ krwi. Ja bym za stówkę czy dwie tego nie przegapiła, ale to jestem ja.
środa, 18 grudnia 2013
Subskrybuj:
Posty (Atom)