Siła kobiet leży w tym, że są w stanie uznać złudzenia za rzeczywistość
Federico Fellini

wtorek, 4 lutego 2014

Się kreci. Nie wiadomo już czy to 2 dni czy 2 tygodnie zostały, a może 4. Ciało i dusza krzyczy, że bliżej to niż dalej. Czyli, że już, zaraz. Poza rzeczami, pakunkami i wyprawką, nic nie jest dopięte. I stresuję się już nie samym szpitalem, naturą, fizjologią i emocjami, które mnie tam czekają, ale i wszystkimi okolicznościami. Ał.

środa, 15 stycznia 2014

No dobra. Zostało 7 tygodni czyli 50 dni. tak to wygląda w teorii, co w praktyce przekłada się na różne możliwości. Może to być 8, a moze 1 albo 2. Jest panika. Nie wiem już sama czego jeszcze potrzebuję, ale wiem, że mnóstwo roboty z praniem, prasowaniem, składaniem. Już zaczęłam ale to co zrobiłam to wierzcholek góry lodowej. Nic nie jest gotowe, ja nie jestem gotowa. Jejuuuuu.

sobota, 28 grudnia 2013

Kocham, uwielbiam. Wszystkich tych, którzy, pal licho, czy nie tylko z "bo tak wypada" mówia, że ładnie wyglądam. I tych mężczyzn, co mówią, że rewelacyjnie i te kobiety, co mówią, że "normalnie". Kocham ich jak nie wiem co i chce mi się z nimi mówić, mówic, mówić :) Tak to dobrze na mnie wpływa, od razu człowiekowi wszelkie dolegliwości ustają.

piątek, 27 grudnia 2013

2,3,4. Minuty, kwadranse, godziny, odliczam nocą nie śpiąc. Nie mogę. Wstaje później o 10 czy 11 i tak półprzytomna. I chciałabym przestawić sobie ten tryb funkcjonowania na dzienny, ale nic nie poradzę na to, że zasnąć w nocy nie mogę. Dziesięć tysięcy myśli, problemów, zagwoztek.

10 tygodni mi zostało. Maluśko. I już się stresuję. Czasem zdarza mi się panika. Nic nikomu rzec nie można, bo się niepokoić będą. A ja nie dość, że się boje, to i zwyczajnie nie wyobrażam sobie ani samego porodu, ani tego co przyjdzie po. Nie wiem jak się przygotować. Nie wiem co mam, czego nie mam, cu kupić, co przynieść, co wziąć, jak złożyć, ułożyć, czego się trzymać myślami chociażby.

Nie wiem jsk pojadę do szputala, jak zniosę te 15 czy 20 godzin w bólu. A potrem kolejne i kolejne. Zniosę, bo nie ja pierwsza nie ostatnia. Potną mnie na żywca, a to podobno i tak pikuś w porównaniu z częścią właściwą. Potem też na żywca zszyją. A potem nie wiadomo co będzie potem.

Mimo wszelkich czasem naprawdę okropnych dolegliwości, czasem fajnie jest być w ciąży. Wyobrażasz sobie jak wygląda Twoja mała cząstka, Czujesz kiedy śpi, a nie śpi aż tak często jak by się mogło wydawać, Czujesz, że wyczuwa Twoje nastroje i że lubi pomarańcze ;) I wiesz gdzie rękę wkłada, a gdzie nogę. Tylko z tą grubością ciężko znieść siebie  Już mi się chce zacząć zrzucać. Chodzić, ćwiczyć, cokolwiek, byle się ruszać i gubić tłuszczowy balast.

I do ludzi się chce. Tu boli, tu uciska, tu niedobrze. A ja bym poszła, posiedziałą pół nocy na pogaduchach, zatańczyła. Ok, to może nie teraz. Ale i przez najbliższe miesiace, a może i lata też nie.
Taka kolej rzeczy, wiem, i świadomy wybór do tego. Ale tęskno mi do beztroskich czasów.

Teraz jakieś pytania dziwne. To powinnam, tego nie mogę. I czemu sama ciągle siedzę. A do tego mordercze pytanie świątecze- czy świadomie zdecydowałam się na samotne macierzyństwo. Odpadłam.

Wpadam na takie spotkanie przy stole, jakich oststnio w nadmiarze było, i czuję te spojrzania. Sama? Z brzuchem? Piechotą przyszła? Wczoraj też była? I niee, nikt nic nie powie, tylko patrzą po sobie, po mnie, jakby niestosownego pytania zadać nie chcieli. A to wszystko proste jest przecież- tata i mama mają swoje rodziny.A do tego mama źle się czuję i leży, wymiotuje, śpi, a tata ma swoją rodzinę. Byl przecież dwie godzinki. Powytykał, pozarzucał, poatakował i wrócił do swojej. Na szczęście, bo dłużej bym nie zniosła słuchania że zła kobieta jestem.

No i najlepsze są sugestie, że nie dbam o siebie... Bo na przykład mdli mnie i w łóżku leżę. Litości.
I nieważne, czy źle się czuję, że ruszyć się czasem nie mogę i wsparcia zero. Nie, nie, ważne  jest to, że rodzina się dziwi, że nie przyjadę. Ja nie przyjadę w odwiedziny. 

sobota, 21 grudnia 2013

Zachowanie niektórych osób wprawia mnie w osłupienie. Najbardziej zdarzające się ostatnio macaie brzucha jeszcze przed dokończeniem pytania "mogę dotknąć?" albo i wcale bez niego.

Czymś na porządku dziennym jest też zaglądanie w talerz. Czy oby nie za mało, nie za dużo, bo nie powinnam się przejadać i czy oby na pewno "możesz to jeść?". Na tym nie koniec, bo oni już spieszą z radami, że tego lepiej nie, to jest zdrowe i jak najbardziej. Nie lubisz? Ale to przecież potas, dla dziecka...
Kawę pijesz? Aha, lekarz pozwolił, ale to chyba jedną jakąś słabą? Cukierków nie jedz. A może masz ochotę na czekoladę, nie, powinnaś jeść jabłka KONIECZNIE, ale Ty to na pewno śledzia byś zjadła. Taaaa...zjadłabym rozum, gdybym Was słuchała.

Na tym nie koniec, bo zdarza się usłyszeć wypowiedziane załamanym głosem- jak Wy dacie sobie radę...no tak dorośli jesteście, poradzicie sobie, ale wychować dziecko to nie takie proste. Taaa, widzimy po sobie.

I tak ludzie ręce nade mną załamują. Bo gdzie mi do macierzyństwa...
Są i stwierdzenia babci przyszłej, ze ona to żałuje teraz, że rad swojej teściowej nie słuchała....Stąd pewnie troska o to, bym ja tego błędu nie popełniła. Chociaż i tak nie przebije nic tego jak ostatnio mi poowiedziala "No, ale się gruba zrobiłaś". Oj, przepraszam, że w ósmy miesiąc najpierw wszedł brzuch, a później ja. To ja już dziękuję za kolację. Tak, dokładnie, będę głodzić dziecko.

A i jeszcze troskliwe pytania z cyklu- możesz JESZCZE sama buty zawiązywać? Jak idziesz po schodach do mieszkania to robisz sobie przystanki? Robie, co drugi schodek, sprawdzam, czy mi wody nie odeszły. Ty sama pojechałaś do lekarza?

Ok, nie jest już lekko. Szczególnie wstawać parokrotnie nocą do toalety gdy człowiekowi tak się dobrze leży. Ale wstaję , po schodach chodze bez przystanku JESZCZE, jak czegoś zapomnę wracam na trzecie piętro. Nikt sam nie pomyśli, żeby mnie w tym wyręczyć, a  wolę poczłapać niż znów zsłyszeć "O Bożeee". Jem co chcę i ile chcę, wychodzę jak mi się chcę i wracam kiedy chcę.

Zapomniałabym  o pracy, a to przecież tak ważny element naszego życia, że inni nie mogą sie oprzeć ingerowaniu. Jak pracujesz to...siódmy/.ósmy miesiąc, mogłabyś już odpuścić. Po co masz pracować, jak 100 procent Ci płacą? Kiedyś to tak dobrze nie było. Nie pracuj już, jeszcze się napracujesz, korzystaj z wolnego. Pewnie już Ci się nie chce chodzić do pracy. Pewnie, tyle latania, a Tobie już ciężko.
I o czym tu dyskutować. Chciałabym pracować,bo lubię to co robię, ale już nie mogę. Kropka.

A jak się czujesz? Jak dziecko? Pytają wszyscy oczekując odpowiedzi pełnych radosnego świergolenia. Włoż na siebię z 10 dodatkowych kilogramów, nie śpij w nocy, ciągle odwiedzaj toaletę, czuj się jak słoń w każdym ubraniu, miej mdłości po jedzeniu, ale i nieustanny  głód. Poświergolisz? Ok, czujesz jak od środka Cię potomek przywołuje do porządku i nie możesz się nie uśmiechnąć.


Na deser- imię. Bo chyba nie wybierzemy pierwszego lepszego? To to nie, to też nie, to brzydkie, tak ma na imie nielubiany kolega, to może być, ale czy jakiś międzynarodowy odpowiednik jest? A może po (pra)dziadku albo tak jak sąsiad?  A może nazwiecie tak, jak nazwali tamci? A zresztą, po co wymyślać, wezmę kalendarz i coś wybierzeMY. Litości. Żałuję, że w ogóle temat powstał i mówiłam innym jakie imię. Po porodzie, jakby dało się na tacy dziecko już z imieniem, byłby spokój. 
znów nie śpię, może to już dla zasady ;)

piątek, 20 grudnia 2013

Zakupy zrobione, choinka postawiona, prezenty zapakowane, portfel opróżniony. Byle przetrwać do końca świąt.