Siła kobiet leży w tym, że są w stanie uznać złudzenia za rzeczywistość
Federico Fellini

piątek, 25 lutego 2011

My reality is like a Truman Show, isn`t it?

wtorek, 22 lutego 2011

Żółte papiery

Aaaa gruba się zrobiłam. Aaaa...Mierzyłam w sklepie spodnie. Aaaa...
Wrócę niedługo do swojego ciała, ciałka może nawet.

W nocy stoczyliśmy prawdziwą bitwę. To już kiedyś było. Ja go ciągnę do łózka, on mnie z niego wyciąga. A to do kuchni, a to do innego pokoju, a to do łazienki. Ciągle coś.
Walczyliśmy ze sobą niemal noc całą. Wstaję, patrzę na zegar- druga. Kładę się. Po chwili zerkam- zaraz trzecia, a potem prawie czwarta. Nie pozwalał mi zacząć marzyć.
Śnie piekielny- nie bij się już ze mną. Nie wypędzaj mnie z ciepłego łóżka, daj siebie trochę, pozwól śnić...
Nie chcę dziś powtórki, chcę zasnąć. Brak snu wpłynął poważnie na dzisiejsze głupot plecenie. Sama nie wierzyłam w to, co mówię. Farmazony. Ni z gruchy ni z pietruchy mówiąc nie wulgarnie. Od rzeczy po prostu. Od samego rano, od przekroczenia progu lokalu co to nam go pracodawca zapewnia.

W pocie czoła (tak, tak, mimo kilkunastostopniowego mrozu- w pocie czoła) uganiam się za sprawami wszelakimi. Nie grzeszę. Przeprowadzam wcale sympatyczne rozmowy i mimo ogromnej chęci popatrzenia na góry w zimowej otulinie, pracuję sobie. Pracuję, co się dawno nie zdarzało- głośno. A to wszystko na wariackich papierach.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Je suis vert

Ta zimowa dieta mnie wykończy. A raczej...jej brak. Jem i jem i jem i przestać nie mogę. Wszystko mi tak okropnie smakuje. A ciała przybywa nieustannie :)
Dziś raczyłam się moją specjalnością, czyli piersiami w warzywach. Deseru zabrakło, w związku z czym jakiś szwendacz mi się włączył.

Jedno jest pewne- potrzeba ruchu. Zimowa aura niby może temu sprzyjać, ale...mnie tak bardzo od mrozu twarz boli:) W środę szykuję się mimo wszystko na górkę i ..tak tak, doczekać się już nie mogę aż deskę jedną lub dwie do nóg przymocuje. W końcu to coś, co uwielbiam od pierwszego upadku.

Póki wiosna nie zawita na Mazury (moje piękne, wspaniałe, najlepsze i jedyne:)) na dobre, pozostają mi łyżwy i...basen. Plan jest całkiem prosty. Zmierzyłam, dotarcie z pracy na pływalnię zajmuje mi spacerkiem dwie (!) minuty. Przerwa, jak każdemu i mi przysługuje. Więc- szukam godziny bez rezerwacji (wszak na internecie jest wszystko), zabieram spakowaną z rana torbę i wychodzę, przebieram się, pływam 20 minut, prysznic, lekki makijaż, co by ludzi nie straszyć, suszenie włosów i za biurko. Godzinka na wszystko wystarczy. So..let`s do it:)


Poza tym, chcę znów zabawić się w domowego majsterkowicza. Lubię pracę chałupniczą:) Malować, przestawiać, ciąć...i kwiaty lubię. Właśnie, zaniedbuję je, że aż wstyd, ale lubię. Raz po raz kupuję jakiegoś nowego pupilka, dbam, podlewam, doglądam, aż nie wyjadę albo nie zapędzę się w obowiązkach i przyjemnościach tak, że zauważam moją roślinkę dopiero, gdy umiera. I słowo daję- jeszcze żadnej nie uratowałam. Dziś przyniosłam do domu ładną. Może zostanie ze mną na dłużej. Nie ma to jednak jak podarowane kwiaty, o te dba się wyjątkowo mocno i cieszą w taki inny sposób:) Tęskno mi do wiosennych kwiatów. Tych z łąki, ogródka, czy lasu. Ciętych, które stojąc na stoliku życie dają całemu mieszkaniu. Tulipanów, róż, żonkili, bratków, stokrotek i....KONWALII.


Jak to przed mediami ukrywać się należy.
Wpada dziś jegomość pewien, z którym zapoznać się przyjemności nie miałam i rzecze:
- Ooo, ja panią zam, to dobrze trafiłem
- Przykro mi w takim razie, że ja pana nie znam
- A bo tam na wsi to to to to i to
- No tak, możliwe więc, że gdzieś już się minęliśmy. A na co skarżyć będziemy?
- Na drogi proszę pani. Na te nieszczęsne drogi i chodniki, przez które zimą przebrnąć tak ciężko. Mogę liczyć na pani interwencje?
- Oczywiście. Zadzwonię, zapytam. Jeśli odpowiednie służby się tym nie zajmą, albo drogi same przejazdu nie ułatwią, chwycę łopatę i będzie dobrze. A...pana godność?
- Ale ja bym wolał nie...
- No tak, pan by wolał, jak większość woli. Tylko pewien konflikt tu następuje, pan bowiem wie z kim rozmawia, skoro mnie pan zna, a ja, cóż...nie mam pojęcia
- XY (padło imię i nazwisko), ale pani nie napisze, że to ja skarżę?
- Nie, nie napiszę...

Ta nieśmiałość zgubi kiedyś ludzi. Nie zbłądzą natomiast nasi młodzi żeglarze, którzy świetne relacje z pobytu w Hiszpanii nam dostarczali. Na gorąco.
Na przykład taka zaduma- "Dziś widzieliśmy przez okno ludzi bez ubrań (chyba są biedni)".

niedziela, 20 lutego 2011

Przy niedzieli

Zima jest tak piękna...




Źle mi dziś. Przykro. Co jakiś czas przekonuję się, że wszystkie grabie grabią do siebie. Wiem, żadna nowość, tak już jest, ale mnie to boli. I wcale nie chodzi tu o mnie, że coś stracę, zbiednieję. Chodzi o to wyrachowanie, z którym inni nie mają problemu. Chciałabym się na to nie godzić, ale pozostaję bez szans. Nie mogę. Mogę tylko trwać w przekonaniu, że nie każdy, że są też ludzie bezinteresowni...

Niedziela. Czas mszy. Wierzący idą dziś do kościoła pomodlić się. Wszyscy? Nie. Ci deklarujący swą mocną wiarę częstokroć wolą udać się w inne niż święte miejsce, nie po modlitwę, a w celach zarobkowych. Pieniądze coś im dadzą, a godzina spędzona w kościele- nic. Pójdą, jak nie będzie okazji do złapania paru groszy. Straszne trochę. I wcale nie o to chodzi, że biegam do kościoła w każdą niedzielę o 8 rano, bo tak nie jest. Chodzę czasem, gdy mam potrzebę, chęć. Dla siebie. Nie głoszę o swojej wierze, czy też jej braku. To moje. Ale- co to za wiara z którą banknot przegrywa? Żeby tylko...

Co to za mocna wiara naszego katolickiego narodu, gdzie się kradnie, oszukuje, zabija, zdobywa cele kosztem innych? Zgadzam się, wiara to nie (a w każdym razie nie tylko) msza w kościele. To znacznie więcej. Ale taki pan Zenek wystroi się na niedzielę, idzie do kościoła, do komunii, po czym na "jedno" pod sklep wstępuje, a w domu leje żonę. Nie będę tu o przykładach się rozpisywać. Nie będę oskarżać nikogo, bo nie jestem wzorcem.
Będę tylko mówić- dziś czuje się zawiedziona. Potrzebuję czegoś dobrego dla ukojenia ducha niespokojnego.

sobota, 19 lutego 2011

Artystka ze spalonego teatru

Na obiad lasagne. Mniam. Miałam ochotę zrobić dziś obiad więc zrobiłam. I to jaki ! :)
Fantazja mnie poniosła, bo nawet deser był. A może z powołaniem się minęłam i powinnam przy kuchni się kręcić? Nie, chyba jednak nie, plecy mnie od tego bolą :)

W każdym razie pałaszując lasagne przypomniało mi się moje niegdysiejsze mięsa nie jedzenie. Ponad 5 lat. Dziś zastanawiam się z jakiego powodu. Zdrowie? Na pewno nie. Bunt jakiś młodzieńczy? Też nie. Zasady? Nie. Dieta może? O nie, nie.
To była chyba po prostu zwykła niechęć. Przestało mi smakować, gdy myślałam z czego to jest. Kompletnie nie miałam ochoty na nic, co było częścią czegoś co zanim zostało zabite, biegało. Życie. Tak musi być i już nie zastanawiam się nad tym dlaczego.
Ponad 5 lat. Ależ straciłam pyszności. Na powtórkę z pewnością już by nie było mnie stać. Zresztą- po co? Lubię mięsko:)
Próbuję sobie przypomnieć co skłoniło mnie do powrotu do mięsnej diety i...nie mam pojęcia. Trochę na pewno ktoś uświadamiający mi bezsens tego i podkreślający walory smakowe. Poza tym- ochota przyszła. Od czego zaczęłam też już nie wiem. Może boczek jakiś, pasztet, nic takiego. Ale na pewno było pychotkowe:)


Słowo daję, dziś dowiedziałam się jak wygląda pani N. Urbańska. twarz, której w ogóle nie kojarzyłam. Nazwisko owszem, obiło mi się o uszy, nic poza tym :)


Z tą wiosną, że już przyszła, trochę mi się pomyliło. Zimę mamy. Jeszcze tydzień...podobno. Póki co pogoda disney`owa:)


Słowa wegetacja nie znoszę.


Lao Che miało w piątek zagrać i ja miałam być tego zafascynowanym świadkiem. Później miało mnie tam nie być, ale pokazać się mieli. Ostatecznie, miałam widzieć i słyszeć, a oni...nie przybyli. Mimo, że nie popsuło mi to piątkowego nastroju, szkoda. Nie ma tego złego, przyjadą do nas innym razem. Czekam :)



Zdjęciowo. To taka moja własna kraina. Kolekcja prawie prywatna obrazów wszelakich. Ludzi lubię fotografować przede wszystkim. Obcych, o których później można tworzyć rozmaite historie. Znajomych, żeby zobaczyli jacy piękni są. Miejsc zwykłych kryjących w sobie szepty kochanków, zwierzenia przyjaciół i zwykłe opowieści świata. Lubię robić zdjęcia moją amatorską ręką. To nie jest pasja, ale satysfakcja, że można zrobić coś ładnego. Czasem mi się te foty podobają. Bywają odzwierciedleniem moich maleńkich wizji twórczych. Kawałek drucika na kolorowym obrusie, krople na liściu kapusty, śmieć obracający się na falach na jeziorze. Są chwile, kiedy muszę chwycić aparat i nie spocznę dopóki nie zrobię takiego zdjęcia o jakim myślę. Piękno czuwa tuż za rogiem.



W teatrze mówią "idź drogą, której pewien jesteś, nawet jeśli wszystko by miało kłaść ci się pod nogi byś zmienił kierunek".

czwartek, 17 lutego 2011

Martynka to córeczka znajomego, cóż nam szkodzi pomóc:)


środa, 16 lutego 2011

Bo fantazja...